14 lipca 2011

Koniec? Nie, to tylko zmiana!

Na dobry początek końca małe przesłanie poetyckie:


Marzycielom

Jeśli marzysz - nie oblekaj pragnień twych przedwcześnie w plany
Bo inaczej na twej drodze mogą stanąć niczym ściany.
A gdy działasz- to natychmiast, bo gdy wzrokiem tkwisz w przyszłości
„Dzisiaj” pustą jest przestrzenią z cicho brzmiącym tłem żałości.

Jeśli idziesz- to idź przed się, miast odwracać twarz do tyłu.
Nie czyń kroków wstecz na darmo- przeminęło to, co było.
Lecz gdy płoniesz- przygaś ogień niewspółmierny do twej sprawy;
To, co żar ogrzewać może, płomień nazbyt prędko strawi.

Jeśli tworzysz- niechaj dzieło oprócz piękna, duszy, chwały
Niesie w sobie coś, co naprzód popchnie świat choć o cal mały.
Jeśli myślisz- to nie szukaj drogi skrótów okrążania:
Są tuż obok te najprostsze twych zagadek rozwiązania.

Jeśli sądzisz – niechaj prawda świeci na twym firmamencie
Niczym gwiazda, dzięki której znajdziesz drogę w mórz odmęcie.
Jeśli wierzysz- wierz nie tylko myśli twej skrzydlatym wzlotem,
Lecz twym słowem i twym czynem, pracą i przelanym potem.

Jeśli widzisz cel twój jasno, niechaj będzie tobie słońcem
Które z mroku wydobywa wszelkie barwy istniejące.
Lecz gdy cel jest zbyt daleko, nie ustawaj w twym dążeniu!
A dojść możesz w pełni siły, gdy odpoczniesz czasem w cieniu.
___ 

To już ostatni post na tym blogu. Wiele wody przelało się tędy, oj, wiele... Zamierzam pozostawić to, co napisałam, na "wieczną pamiątkę", ale moja czcionka już więcej tu nie stanie. Może kiedyś znów zacznę pisać, gdy zdecyduję się na jakiś konkretny światopogląd muzyczny? Na razie nie, gdyż zmienia się on jak w kalejdoskopie - ciągle szukam, ciągle odkrywam nowe prawdy muzyczno-liturgiczne, które dementują moje dawniejsze mniemania. Dotychczas odbijało się to w niektórych treściach bloga, ale już nie chcę popełniać tej publicznej niekonsekwencji.
  
Czy to znaczy, że zakończenie Bloga im. Dietericha Buxtehudego oznacza koniec mojego rozwoju, zaangażowania i fascynacji? Wręcz przeciwnie! Niedawno trafiłam w nowy świat, w którym otworzyły się przede mną liczne dziedziny praktyki: budowa organów piszczałkowych, prowadzenie nimi gromkiego śpiewu wiernych, koncertowanie po Mszach św. (i nie tylko),  sztuka pięknej współpracy z wiernymi, a także chorał gregoriański z całą jego pradawną semiologią, która przekłada się na wykonawstwo... 
  
Tak więc kontynuuję pisanie bloga, jednak odtąd czynię to w innym wymiarze, którym jest RZECZYWISTOŚĆ. Dwa hasła przyświecają mi szczególnie jasno: "Ad fontes" i "Ora et labora".
  



9 maja 2011

Na 304. rocznicę śmierci Buxtehudego - kantata "Alles, was ihr tut"

Właśnie dzisiaj - 9 maja - mijają 304 lata od dnia, w którym kompozytor i organista, "werkmeister" kościoła Najświętszej Maryi Panny w Lubece, Dieterich Buxtehude, odszedł z tego świata.
Nie znamy dużej części dzieł, które po sobie pozostawił; te utwory, które znamy dzisiaj z licznych mniej lub bardziej nowoczesnych wykonań, zachwycają jednak swym pięknem i chrześcijańskim przesłaniem.

Dzisiaj warto zaprezentować jeden z nich. Jest to kantata "Alles, was ihr tut" BuxWV 4. Dzieło składa się z następujących części:
1. Sonata
2. Alles, was ihr tut (Coro)
3. Sonata
4. Dir, o Höchster, dir alleine (Aria)
5. Habe deine Lust (Basso)
6. Gott will ich lassen raten (Coro)

Słowa rozpoczynające kantatę brzmią: "Alles, was ihr tut mit Worten oder mit Werken, das tut alles im Namen Jesu, und danket Gott und dem Vater durch ihn" i oznaczają: "Wszystko, co czynicie słowem czy też dziełem, czyńcie to wszystko w imię Chrystusa i dziękujcie Bogu i Ojcu przez Niego". Znając życiorys Buxtehudego, śmiało można uznać te słowa za hasło, według którego żył i tworzył.


 

21 marca 2011

Bachowska wiosna - refleksje w dniu urodzin kompozytora

     Wraz z Janem Sebastianem Bachem 21 marca 1685 na świat przyszła muzyczna wiosna. Nie należy rozumieć jej jako powiewu czegoś zupełnie nowego i rewolucyjnego - przecież Bach, pomimo rodzącego się za jego życia klasycyzmu, cały czas pozostał wierny stylowi epoki baroku. Tworzył polifonicznie, kontrapunktycznie, retorycznie. Co więcej, połączył ówczesne style: włoski, francuski, niemiecki... Podczas, gdy współcześni mu kompozytorzy szukali w muzyce czegoś nowego: homofonicznego uproszczenia, lipski kantor tworzył fugi, chorały, wielogłosowe koncerty, kościelne kantaty i oratoria, nie zważając na oskarżenia o trwanie przy skostniałych i przestarzałych zasadach muzycznych, które padały z ust współczesnych Bachowi muzyków.
 
      Ów kompozytor, dziś uznawany za jednego z najgenialniejszych, słynął przede wszystkim jako organista, zaś jego dzieła orkiestrowe i wokalno-instrumentalne nie były za jego czasów doceniane. Po śmierci Bacha jego muzyka długo musiała czekać na swoją nową wiosnę...
   
     Jego dzieła, stanowiące mistrzowskie podsumowanie odchodzącej powoli epoki, nie mają jednak w sobie nic z jesieni. Wręcz przeciwnie - w muzyce tego, który słynie jako kantor z Lipska (choć Lipsk wcale nie był najszczęśliwszym dla niego okresem) nie ma nudy, jest za to ciągły rozwój, dynamizm, mowa dźwięków, a wszystko to genialne pod względem warsztatu kompozytorskiego.  Dzięki wspaniałej twórczości Bacha, która na szczęście została odkryta i doceniona, wiosna muzyki barokowej ciągle trwa.

W dniu urodzin Jana Sebastiana Bacha życzę sobie i Wam, aby muzyka tego wielkiego mistrza, rozbrzmiewając wśród nas na sposób jak najbliższy epoce i twórcy, była zarazem w tej postaci bliska naszym sercom.  Abyśmy zaś poczuli powiew "Bachowskiej wiosny" - zachęcam do wysłuchania I części Koncertu brandenburskiego nr 4.

 

12 marca 2011

Christoph Wolff i Ton Koopman - interesująca dyskusja o relacji Bach-Buxtehude

    Przyczynkiem do dyskusji było odnalezienie w weimarskiej bibliotece w 2006 r. dwóch rękopisów: pierwszy to "An Wasserflüssen Babylon" Reinkena- jedno z jego dwóch długich preludiów chorałowych, zaś drugi to "Nun freut euch lieben Christen g'mein" - preludium chorałowe Buxtehudego. Co je łączy? Obydwie tabulatury zostały przepisane przez Jana Sebastiana Bacha. Miał wówczas 15 lat.
     Koopman i Wolff wyrażają pogląd, że relacja Bach-Buxtehude zaczęła się dużo wcześniej niż w 1705 roku, kiedy to 20-letni Johann Sebastian odbył swoją pieszą "pielgrzymkę" do Lubeki, by zapoznać się z grą mistrza i doświadczyć jego Abendmusiken - koncertów muzyki religijnej.
   W dyskusji poruszone zostają tematy dotyczące przede wszystkim twórczości Bacha i Buxtehudego: kantat, preludiów chorałowych, Abendmusiken... Można też dowiedzieć się co nieco na przykład o dawnych chórach chłopięcych (cz.4) oraz o stroju (temperacji) Mean Tone (cz.5). Zainteresowanych tym tematem zapraszam do obejrzenia:
   




 



6 marca 2011

Czy można zagrać Passacaglię c-moll Bacha na... instrumencie perkusyjnym?

 Okazuje się, że można. Instrument, który to umożliwia, wykazuje pewne cechy podobieństwa do organów kościelnych, na przykład obecność "klawiatury pedałowej".

Zarówno on, jak i organy, nie są samodzielnymi instrumentami, lecz skomplikowanymi układami mniejszych lub większych, pojedynczych instrumentów, które razem składają się na pewien wspólny obraz brzmieniowy.
 
 Jako cechę wspólną instrumentu, który mam na myśli i organów, można podać jeszcze fakt, że częstym miejscem występowania obydwu są kościoły. Jednak podczas, gdy dźwięk organów ogarnia wnętrze świątyni, głos instrumentu, który mam na myśli, rozlega się na zewnątrz.

Instrument ów powstał w XV wieku we Flandrii, gdzie jego twórcy osiągnęli mistrzostwo w swoim rzemiośle i uczynili z niego sztukę. Największe skupiska jego historycznych "egzemplarzy" można spotkać w Belgii, Holandii, Kanadzie oraz w północnych Francji i Niemczech, gdzie ciągle są w użyciu podnosząc rangę i atrakcyjność miast i napawając dumą ich mieszkańców.
 
O jakim instrumencie mowa? Jest to carillon, zespół dzwonów wieżowych, na których można wybijać melodie między innymi młotkami lub za pomocą klawiatury.  Nazwa "carillon" pewnie nie jest zbyt popularna, o czym świadczy choćby fakt, że niektórzy całkowicie błędnie nazywają go "organami dzwonowymi" - posłuchajmy więc na dobry początek naszych pięknych polskich "organów dzwonowych", na których wykonawczyni wygrywa dobrze znane polskie melodie ;-)
   

 
A jak właściwie działa carillon? Z czego się składa? Jaka droga prowadzi do jego powstania? Na te pytania odpowie materiał video (w języku angielskim):
 


I nareszcie finał - coś specjalnego, wyjątkowego, niesamowicie pięknego... Passacaglia c-moll Bacha (cz.1) na carillonie - na instrumencie perkusyjnym! Ci jednak, którzy spodziewają się nudnego, jałowego i brzęczącego monotonnie brzmienia dzwonów przez cały utwór, będą zapewne mile zaskoczeni. Dźwięk tego amsterdamskiego carillonu jest bowiem "okrągły" i przyjemny, wysokości dźwięków nie stapiają się ze sobą, a wykonawca - Boudewijn Zwart - spisał się na medal! Te akcenty wyrazowe, te wyraźne zmiany dynamiczne i podkreślenia tematu ostinato aż zachęcają do ciągłego słuchania, trzymają w napięciu - to coś niesamowitego, a przecież wykonawca gra ten trudny organowy utwór... pięściami!

13 lutego 2011

Śpiewajnista, czyli świadomość muzyczna cz.III

Krytykuję śpiewajnizm, lecz to nie on zasługuje na krytykę w pierwszej kolejności.
Walka ze śpiewajnizmem za pomocą prób prowadzenia śpiewu organami to jak branie środków przeciwbólowych na ból zęba. Konieczne, ale nie może być jedynym środkiem...
To leczy objawy, a nie przyczynę. Zastąpi nas inny "organista" - prowadzenie organami się skończy, (ewentualny) śpiew wiernych - też.
Bo w istocie śpiewajnizm jest objawem - symptomem upadku kultury duchowej. Skąd tak daleko idące wnioski?
 
Dzisiaj wróciłam z pewnego bardzo dużego miasta... Pojechałam tam w zupełnie niemuzycznym celu, a w związku z tym, że nie udało mi się go osiągnąć, postanowiłam jednak zrobić coś związanego z muzyką, żebym nie była na minusie. Skorzystałam więc z otrzymanego pół roku temu zaproszenia i odwiedziłam w miejscu pracy pewnego organistę, Mistrza w swoim fachu, otwartego na takich adeptów jak ja. Jako że z zewnątrz kościół wyglądał gotycko - miał nawet dwie zielonkawe, strzelające w niebo wieże, jak Marienkirche w Lubece, pomyślałam sobie słowa Bacha, wybierającego się do Buxtehudego: idę tam, aby "zrozumieć to i owo w swoim fachu".  

 Tak też się stało.  Organista nie tylko przyjął mnie - żądną wiedzy uczennicę - z uśmiechem i otwartymi ramionami, ale też pokazał mi od środka instrument, jak również pozwolił mi zagrać na nim kilka fragmentów muzyki z różnych epok. Miałam też przyjemność wysłuchać fragmentu sonaty triowej w czasie liturgii... Zauważyłam, że pomimo, iż była to popołudniowa msza w wielkiej metropolii (synonim nieśpiewania ludzi), to wierni wydobywali z siebie całkiem przyzwoite dźwięki. Spytałam więc Mistrza, jakie są jego sposoby na prowadzenie śpiewu grą.
 
Odpowiedź trochę mnie rozczarowała, gdyż zamiast mówić o trickach i sztuczkach doświadczonego muzyka, powiedział mi mniej więcej takie słowa, odnoszące się do kluczowego wyrażenia "prowadzenie śpiewu grą": " Kiedy byłem takim organistą jak ty, pełnym młodzieńczego zapału (tu uśmiechnęłam się na słowo "młodzieńczy zapał" - oby życie zgasiło mnie jak najpóźniej!), też myślałem, że cztery czwarte to cztery czwarte, ale ludziom trzeba jednak dać trochę oddechu, pod koniec frazy zabrać ręce z klawiatury; inaczej poczują się zapędzeni i nie zaśpiewają. I nie ma też tak, że intonuję pieśń i zostawiam ludzi samych. Niestety, trzeba zawsze gdzieś w tle tym ludziom towarzyszyć, cicho śpiewać z nimi. Inaczej sami nie pociągną. Widzisz, wszystko przez brak edukacji muzycznej - dzisiaj nikt nie chce i nie umie śpiewać, a zwłaszcza młodzież, która nie wykazuje inicjatywy... ". 
    
Prawda. Smutna prawda. Bez ''śpiewajnisty'' lud nie zaśpiewa, co nie zmienia faktu, że "organista" to stan, do którego trzeba dążyć. Tam na klasycznym chórze gotyckiego kościoła jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z wielu rzeczy, ale potem, wieczorem, zaczęłam snuć daleko idące refleksje...

Typowa dla organisty takiego jak ja sytuacja: wchodzę w niedzielę na chór z postanowieniem "Od dziś coś zmieniam!". Włączam organy, przygotowuję śpiewnik i rzutnik. Wstęp - przemyślane bicinium lub coś a la chorał, zakończony dominantą i cezurą - komunikatem "To już". Zaczyna się pieśń. Hołdując "tradycji", intonuję pierwszy wers, a potem zamykam usta i nie mogę się doczekać tego wspaniałego, samodzielnego śpiewu płynącego z dołu, który będę mogła kształtować dźwiękiem organów jak garncarz kształtujący palcami rotującą glinę... Guza. Nic nie słychać, tylko pojedyncze pomruki. Muszę więc podjąć śpiew... A gdyby tak wszyscy obecni ludzie zaśpiewali, kościół mógłby zadrżeć! Siedzą jednak i tylko słuchają.

Dlaczego tylko słuchają? Pierwszą przyczyną jest w skrócie XXI wiek, czyli kultura konsumpcji. W tym również konsumpcji muzyki. Przyjmujemy, wręcz konsumujemy dźwięki z radia, z odtwarzaczy mp3 i innych źródeł, sami jednak nie śpiewamy już ani w kościele, ani w domach (np. kolęd), ani przy ogniskach. Gwiazdki pop i śpiewajniści zrobią to za nas.

Drugi dopływ rzeki śpiewajnizmu ma swoje źródło znacznie głębiej, niż mogłoby się to wydawać. Tak więc pójdę w górę strumienia do tego źródła.
Czemu organista musi śpiewać? Bo gdy zostawi ludzi organom, oni nie będą śpiewać. Dlaczego ludzie nie śpiewają? Bo nie chcą i nie umieją. Dlaczego nie chcą i nie umieją? Bo nikt im tego nie wpoił; bo zabrakło powszechnej edukacji muzycznej. Dlaczego nie ma już dziś edukacji muzycznej? Bo inne dziedziny wiedzy są ważniejsze, np. w szkołach: polski, matematyka, chemia, angielski... Bo przynoszą wymierne korzyści. A muzyka? Jest niepotrzebna, tylko się traci na nią czas. Po co znać nuty, po co śpiewać pieśni i piosenki? To się w życiu nie przydaje, tak jak zapomniana już plastyka, nauka rysowania. Takie myślenie obrazuje upadek wartości duchowych i kulturalnych - zostają one zepchnięte na dalszy plan przez te wartości, które przynoszą wymierne korzyści. Materializm.
 
Inna sprawa, że organiści często nie umieją grać, więc "nadrabiają" śpiewem. W dawnych czasach jednak również nie brakło tych mniej wykształconych muzyków; radzili sobie jednak bez mikrofonów, a lud Boży śpiewał - jak to możliwe? A gdyby ogół społeczeństwa nieco więcej wiedział o muzyce, nieco częściej jej słuchał i próbował wykonywać - czy tolerowałby popisy miernych grajków? Sądzę, że nie. Dlatego należałoby nie tylko starać się o porządny kształt muzyki w kościołach, ale również postarać się o nieco większą świadomość muzyczną społeczeństwa. A to brzmi dzisiaj ciut nierealnie.

12 stycznia 2011

Strój średniotowy




Czym jest Mean Tone?

-Dla teoretyków: strój średniotonowy bazujący na idealnie czystych tercjach, z jedną "wilczą kwintą" (Gis-Es) itp.
-Dla klawiszowców: strój, w którym "wolno" grać do 2 znaków przy kluczu (tak naprawdę wszystko wolno, tylko jak to potem brzmi?)
-Dla ciekawskich wtręcinosów (takich jak ja): okazja do poeksperymentowania z brzmieniem
-Dla organistów dysponujących Viscountem: a) tajna broń przeciwko podnieobecnościowym dosiadaczom ich organów (wszyscy grają fałszywie, tylko ja czysto!), b) równie tajna, acz bezskuteczna broń na Szefa, którego żadne argumenty nie przekonują już do kupna organów piszczałkowych (może gdy usłyszy ten rozstrojony ton, ten lament żałosny, to...?)
 
 Jak widać, zastosowań jest wiele. Strój średniotonowy (ang. Mean Tone, niem. Mitteltönige Stimmung)  ma swój urok. Zapewne ci, którzy słyszeli choć raz "niedzisiejsze", jakby rozstrojone brzmienie organów Schnitgera, wiedzą, o co mi chodzi: o niepowtarzalny koloryt granej w tym systemie muzyki. Niektórzy twierdzą, że tego się nie da słuchać - być może tak samo myśleli genialni "inżynierowie muzyki" i cały jej dawniejszy światek, który w końcu zmienił wysłużony Mean Tone na inne stroje, w tym na nasz dzisiejszy- perfekcyjnie i równomiernie (za)temperowany (od słuchania którego, nota bene, niektórym wówczas skręcały się kiszki, a który jednak przetrwał w tym doborze naturalnym jako osobnik najlepiej przystosowany). Mimo to jednak nie warto rezygnować z poznawania uroków starego, "wilczego" systemu, gdyż zagranie w nim takiego czy innego dawnego utworu może sprawić, że usłyszymy go w zupełnie nowym świetle (o ile w świetle można cokolwiek usłyszeć; chociaż i synesteci chodzą po tym świecie).
      Taka na przykład  Fantasia Chromatica Sweelincka- utwór znany wielu klawiszowym szarpidrutom i męczyrurom - raczej dość ostro brzmi w dzisiejszym systemie równo zatemperowanym ( chociaż je nach Geschmack...). W końcu to chromatyka - w muzyce klasycznej synonim tego, co ostre, twarde, nieprzyjemne, wykraczające poza dur-moll itp., itd.... Kiedy jednak sięgniemy do stroju średniotonowego - to brzmienie zaskakuje. Chromatyka znaczy ''barwność'' - dosłownie! - i tę barwność można na własne uszy usłyszeć. Kolory zmieniają się jak w kościelnym witrażu.



Ale zaraz, zaraz, żeby nie było, że eliminuję konkurencję! Tutaj można porównać na własne uszy brzmienie Fantasii w trzech systemach: Mean Tone, Werckmeistera i w "ołówkowym".

A teraz przechodzę do sedna- do eksperymentowania ;) . Kto ma w kościele/w domu/w szkole Viscounta? (Już wyobrażam sobie ten las rąk.) Chciałabym zwrócić uwagę na pewną piękną funkcję, którą te protezy organowe posiadają: na możliwość wyboru stroju.Tu na przykładzie Viscounta z serii Jubilate, na którym grałam przez trzy lata w wiejskiej parafii (zanim na tydzień przed moim odlotem do Wielkiego Miasta trafił go piorun - tak, spalił się od pioruna w przedostatnią niedzielę mojej pracy!!! Przypadek?)

  

 Proszę bardzo. Włączamy urządzenie organopodobne, po czym wykonujemy czynności następujące:
 
1. Przekręcić gałkę na Meantone - zagrać gamę C-dur, potem inne gamy. Która najbardziej różni się od tego, co znamy? ;>
2. Zagrać kwintę As-Es (obligatoryjnie!)
3. Pograć akordy durowe bez przewrotu. Harnoncourt w swojej książce "Muzyka mową dźwięków" zwraca uwagę na fakt, że tercja w akordzie durowym w stroju średniotonowym jest prawie niesłyszalna (a na pewno trudniejsza do wychwycenia niż w równomiernym), a to z powodu jej idealnej czystości (no tak, zawsze ci najporządniejsi zostają w cieniu...)
4. Znów grać trójdźwięki durowe, ale ze zwróceniem uwagi na coś innego: na dudnienia akustyczne. Weźmy C-dur w stroju "equal" (równomiernym). Niby brzmi normalnie. Przełączmy się jednak na strój średniotonowy i zagrajmy to samo- nadal słyszymy C-dur, ale w uszy wpada inny rytm pewnych specyficznych mikrodrgań, pewnych interakcji między falami dźwiękowymi poszczególnych tonów. Gdy przełączymy się z powrotem na Equal, usłyszymy znów zmianę tego rytmu (jak mogliśmy nie słyszeć tego za pierwszym razem? ). Podobnie będzie w pitagorejskim, w Werkmeisterze, w Vallottim... W każdym z nich dudnienia akustyczne nastąpią w innej częstotliwości, od bardzo wolnej do niezwykle szybkiej, co ogólnie da wrażenie innego "zabarwienia" naszego zwykłego C-dur w każdym z tych strojów. Gdy pójdziemy dalej po kole kwintowym, różnice dadzą się słyszeć jeszcze mocniej.
 
Tyle z mojej strony o Mean Tone; nie zamierzałam tu szafować definicjami, a jedynie podzielić się moimi spostrzeżeniami i przemyśleniami na temat tego systemu, który od czasu ponownego odkrycia muzyki dawnej przeżywa swój (chyba nawet drugi) renesans. Albo nawet barok. Na koniec zacytuję pewną Panią klawesynistkę:
  Czy nie słyszysz, jak owo As-dur rozdziera wnętrzności, jak pełne jest afektu? 
Niedawno zaczął się styczeń; przeto życzę szczęśliwego Nowego Roku 2011 wszystkim, którzy przypadkiem zajrzeli w ten zakurzony lekko zakątek Sieci ;-)

21 lipca 2010

Buxtehude w "Exsultate Deo"!



tworzywszy wczoraj przebogaty w nowe pieśni śpiewnik "Exsultate Deo" z 1998 r. na losowej stronicy numer 94, ujrzałam taki oto kanon uwielbienia na bazie dzieła mistrza Buxtehudego zacnie uczyniony:
   


Proponuję więc posłuchanie "Cantate Domino" Mistrza z Lubeki - można śledzić skrócony zapis nutowy  lub po prostu oddać się słuchaniu tej    przepięknej barokowej kompozycji.


 

15 maja 2010

Fraszka - Na fugę





rzypomniał mi się dzisiaj pewien ciekawy (dla pasjonatów) przedmiot szkolny: FORMY MUZYCZNE. Kiedyś po lekcji z analizy fugi napisałam takie oto fraszydło, inspirowane autentyczną sytuacją:


Na fugę  

Zabrakło w pewnej fudze jednego pokazu
tematu, więc uczniom zrobienie wykazu
składowych tej fugi trudności sprawiło
i zamęt niemały w klasie uczyniło.

A mistrz, gdy ją tworzył, na uczniów nie baczył-
on w głowie harmonie niebiańskie obaczył
i jął pisać prędko konstrukcje złożone, 
przez niego samego... też nieodgadnione!

A.D. 2009 
     

11 maja 2010

Nie ma to jak organy!


dąc ostatnio ulicami mojego kochanego miasta po całkiem udanej organowej lekcji, snułam sobie (jak zwykle) rozważania. A w związku z tym, że udzielał mi się wiosenny nastrój (jak zazwyczaj), były one bardzo optymistyczne. Otóż tego dnia zdałam sobie sprawę z niesamowicie różnorodnych możliwości, jakimi dysponuję, grając na organach!
     
     Niejeden organista zapytany, czym właściwie jest jego instrument, zapewne odpowiedziałaby, że organy to instrument klawiszowy, w którym dźwięk powstaje przez drgający w piszczałce słup powietrza, całość zaś składa się z setek piszczałek ... i tak dalej. Bardzo fachowo i konkretnie. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że ów najdoskonalszy instrument stworzony przez człowieka, znany głównie z kościołów, nieraz kojarzący się z "buczącymi" w czasie liturgii organistami, ma swoje drugie oblicze. Jest wręcz zaczarowany- wystarczy skinienie muzycznej różdżki, a zmienia się w taki skład instrumentalny lub wokalno-instrumentalny, na jaki mamy w danej chwili ochotę! Pozwólcie, że zaproszę Was na mały koncercik- krótką podróż po krainie możliwości Królewskiego Instrumentu.
      
     Gdy zażyczę sobie trio- mam trio! Są barokowe skrzypce, jest flet prosty i ospale grająca wiola. Troje wykonawców muzykuje wspólnie, a każdy chce pokazać się z jak najlepszej strony, jakby byli solistami:
     
 
            
      Po chwili trzej zakręceni muzycy schodzą ze sceny, bowiem zbliża się słynny kontratenor! Zaraz zaśpiewa przepiękną arię pełną przeróżnych, niezwykle efektownych ornamentów, z towarzyszeniem niewielkiej barokowej orkiestry smyczkowej:
      
.
   
      Solista kończy swój występ. Wybrzmiewa echo ostatnich dźwięków... Oto przychodzi pora na inne doznania artystyczne: organy stają się rozbudowaną orkiestrą symfoniczną! Rozlegają się długie, niskie dźwięki kontrabasów i wiolonczel, budujące tajemniczy nastrój... Ponad to tło wybijają się instrumenty dęte, ciągnące swoją tajemniczą melodię. Po chwili towarzyszą im niespokojnie grające skrzypce i altówki, napięcie rośnie...
      

      
      Tak więc organy to instrument niesamowity, który brzmieniem swym może zastąpić mały zespół, solistę z akompaniamentem, całą orkiestrę, a nawet dzwoneczki lub dźwięk treli ptasiej kapeli... Jednak Król Instrumentów nie jest tylko zestawem piszczałek imitujących inne znane nam brzmienia. On sam stanowi coś jedynego w swoim rodzaju: czasami organy to... po prostu ORGANY :-) 
     
 
       
      Oczywiście, istnieje znacznie więcej możliwości, a twórcy i interpretatorzy od wieków odkrywają w organach ciągle nowe brzmienia i nowe drogi do poruszania serc i umysłów. Mnie samą ten instrument zachwyca każdego dnia od nowa i mam przeczucie, że jeszcze nie raz mnie zaskoczy...

29 kwietnia 2010

Śpiewajnista, czyli "Świadomość muzyczna" cz. II

       
ostatnią sobotę wpadłam do pewnego kościoła w mojej Arktyce na Festiwal Piosenki Religijnej. Cóż, wielkich wrażeń artystycznych się po nim raczej nie spodziewałam- moje przypuszczenia okazały się prawdziwe: festiwal zdominowały młode diwy, śpiewające po sto razy Arkę Noego; na gitarach akompaniowały im ich pękające z dumy, uzdolnione artystycznie mamy lub koleżanki-gitarnistki. "W sumie to piękne- każdy Boga chwali, jak potrafi"-pomyślałam sobie, obesrwując występy najmłodszych, po czym dodałam: "Całe szczęście, że nie podczas Mszy świętej!". Chociaż.... kto wie, co się tam wyczynia... Prowadząca, otwierając festiwal, powiedziała: "Piosenka religijna już od lat 70. stanowi NIEODŁĄCZNY element MSZY ŚWIĘTEJ.(...)" Tak, ciekawe, który to dokument kościelny (siehe punkt 15) tak o tej "nieodłączności" stanowi. Ale dzisiaj nie o tym...
      Otóż na festiwalu porozmawiałam sobie chwilę z takim jednym młodocianym gitarnistą, który chwalił się, że zaczyna doskonalić się w posłudze organisty w parafii pod wezwaniem św. X Y. Rozmawiało nam się na organistowskie tematy całkiem do rzeczy, więc pomyślałam sobie coś w stylu: "Ten jest chyba muzykiem porządnym!". Ale krótko trwał taki stan- moja koleżanka odbyła z nim bowiem rozmowę o zbliżonym przebiegu:
 
Gitarnista: Wiesz, a ja jestem już organistą w parafii X Y !
  
Koleżanka: Oo! I jak Ci idzie granie?
  
Gitarnista: No, na razie jeszcze nie gram, JA TYLKO ŚPIEWAM!
  
    Taak. Ja tylko śpiewam. Gitarnista nie był pierwszą znaną mi osobą, która nie poradziwszy sobie z zawiłościami grania, tylko śpiewa- wielu jest takich, którzy dumnie zowią siebie organist(k)ami, a w czasie Mszy św. nawet nie dotkną tzw. organ. Z czego to wynika? Oczywiście, z nieopanowania techniki gry na instrumentach klawiszowych. Sama kiedyś pomagałam pewnej znajomej rozpocząć organistowanie- robiłam, ile mogłam, aby opanowała przynajmniej najprostszy akompaniament trzy-czterogłosowy, ale i tak po paru tygodniach powiedziała mi, że tylko śpiewa. Ksiądz bowiem, dowiedziawszy się, że koleżanka zna się na muzyce, wyhaczył ją do prowadzenia śpiewów. Podobnie jest w wielu, wielu parafiach... a im mniejsza parafia, tym trudniej znaleźć porządniejszego muzyka. Często rządcy parafii wystarczy organista, który tylko śpiewa. Śmieszne i straszne, nieprawdaż? Weźmy chociażby ten artykuł z naszej przeszacownej skarbnicy wiedzy: już jego pierwsze zdanie informuje o podstawowej roli organisty. Nie wspomnę już o jego roli w Kościele katolickim:
     
Do pełnienia funkcji organisty kościelnego przygotowują diecezjalne szkoły organistowskie oraz wyższe szkoły muzyczne (przeważnie na kierunku organy lub muzyka kościelna). Organista odpowiada za ogół oprawy muzycznej liturgii. Głównym jego zadaniem podczas samej liturgii jest wykonywanie wstępów do pieśni lub innych śpiewów liturgicznych, oraz prowadzenie ich śpiewu poprzez grę na organach. W Polsce organista akompaniuje także odpowiedziom mszalnym.

     Gdzie tu choć jedno słowo o śpiewie? No, gdzie? Śpiewać ma lud, organista powinien to mu tylko ułatwiać poprzez odpowiednią GRĘ. Kto więc tylko śpiewa? Śpiewajnista! Termin ten jest przeuroczym neologizmem wynalezionym przez samych organistów. Sparafrazuję więc szanowną Wikipedię:

Do pełnienia funkcji  śpiewajnisty kościelnego przygotowują księża, emerytowani organiści lub wiejscy muzykanci oraz szkoły muzyczne (przeważnie na każdym kierunku oprócz fortepianu i organów, szczególnie uwzględniając akordeon i gitarę). Śpiewajnista odpowiada    za ogół oprawy muzycznej liturgii. Głównym jego zadaniem podczas samej liturgii jest wykonywanie pieśni, piosenek lub innych śpiewów nie zawsze liturgicznych (czyli wyręczanie ludzi w śpiewie) oraz prowadzenie ich za pomocą mikrofonu. W Polsce śpiewajnista wykonuje także psalmy oraz odpowiedzi mszalne.

 
  No cóż... wobec tego nie pozostaje mi nic innego jak prezentacja wielofunkcyjnego śpiewajnisty kościelnego:

    
      Dodam, że dyspozycja śpiewajnisty, oprócz standardowego zestawu głosów śpiewaczych (takich jak Głos pogrzebowy 16' czy Głos pobożny a wpływowy 4') zawiera akcesoria: 
-Koppel  Hard Werk- wzmacniacz na odpusty i pasterki
-Koppel  Positiv- wzmacniacz, gdy ludzi jest mało
-Zestaw mikrofonów: Mikrofon Estradowy Wielki, Mikrofon Bezprzewodowy Skrzydlaty, Święty Mikrofon Paraliturgiczny.
 

3 kwietnia 2010

Muzyka czasu Zmartwychwstania - "Erschienen ist der herrliche Tag" Buxtehudego i Bacha


      
roczystość Zmartwychwstania Pańskiego niesie w sobie przeogromne bogactwo treści religijnych. Owo najważniejsze święto chrześcijańskie, Niedziela, na której pamiątkę obchodzi się wszystkie inne niedziele, wymaga szczególnej, niecodziennej oprawy liturgicznej, a także innych elementów oddających i wzbogacających charakter i tradycję tego dnia pełnego nadziei... Od wieków nastrój Wielkanocy wspaniale oddaje przepiękna muzyka, wykonywana zwłaszcza w kościołach. W każdej epoce muzycy tworzyli i tworzą nadal utwory "ad maiorem Dei gloriam"... A najpiękniejszym stworzonym przez człowieka instrumentem, który swym brzmieniem "umysły wiernych porywa do Boga i spraw niebieskich" są organy piszczałkowe.

      Zapraszam do wysłuchania dwóch wielkanocnych utworów na organy. Są to przygrywki chorałowe D.Buxtehudego i J.S.Bacha oparte na tej samej dawnej pieśni: "Erschienen ist der herrliche Tag" (Wspaniały dzień nam nastał).  Może moje wykonanie tych utworów na organach pneumatycznych, pełne przypadkowych efektów, nie oddaje w pełni ich walorów, ale liczę na to, że pozwoli Wam zarówno wczuć się w radosny wielkanocny nastrój, jak i wychwycić podobieństwa i różnice pomiędzy sposobami opracowywania pieśni przez Mistrza z Lubeki oraz Króla Polifonii. Oba te chorały wydają się dość podobne do siebie, ze względu na tę samą tonację i zastosowaną technikę imitacji (u Bacha jest to kanon sopranu i basu), a także przez fakt, że Buxtehude nie zastosował tutaj mocno rozciągniętej i intensywnie ornamentowanej melodii c.f.. Odnoszę jednak wrażenie, że nieco inny jest sposób wyrażania radości przez obu kompozytorów: Buxtehude uczynił to bardziej bezpośrednio: chorał brzmi prawie tanecznie; u Bacha zaś chorał brzmi jakby bardziej majestatycznie: radość zostaje wyrażona poprzez figury retoryczne (powtarzające się nuty: dwie krótkie i długa- motyw radości) w lewej ręce.

Na nagraniu utwory zostały wykonane jeden po drugim, w kolejności: Buxtehude, Bach.  
(aktualizacja 2016: nagranie usunęłam w 2011 r. odkąd stwierdziłam, że jest do bani, jak wszystko, co gram - w końcu to praktyka jedynie teoretyczna)
   























    
Radosnych i pełnych nadzie
Świąt Wielkanocnych! :)

14 lutego 2010

Muzyka czasu radości: Wesoły Monteverdi ;)


tóregoś razu moja Pani od organów poleciła mi obejrzenie nagrań pewnego kontratenora. Miałoby to pomóc mi w "śpiewnym" graniu baroku. Przeglądając filmy, natknęłam się oprócz tego na ciekawe nagranie pokazujące, co dzisiejszy artysta  może zrobić z muzyką dawną... Może przedstawię to obrazowo:

  Wyobraźmy sobie karnawał. Ale nie taki, jak u nas - najlepiej wenecki. Wszak wymieniony w tytule kompozytor spędził tam sporą część życia ;)

  Tak więc trwa sobie ten wenecki karnawał: ludzie tańczą na ulicach, albo też robią cokolwiek innego, co nie jest smętnym siedzeniem w domu i depresyjnym, nudnym gapieniem się w okno (co jest plagą czasów dzisiejszych). Brukowaną ulicą maszeruje sobie w podskokach Claudio Monteverdi, podśpiewując pod nosem melodię Ohimè ch'io cado (widać, że wraca z imprezy):



I tak też można :) Być może ktoś oburzyłby się na taką aranżację utworu Mistrza, ale czyż muzyka nie jest mostem, który łączy przeszłość i teraźniejszość? Tutaj wspaniale widać, jak XVI-wieczne dzieło przemawia do serc XXI-wiecznych artystów... Poza tym, utwór Monteverdiego zapewne kiedyś służył takiej samej rozrywce, jakiej dzisiaj służy muzyka rozrywkowa ;)
 
Udanej końcówki karnawału ;D

18 grudnia 2009

Robert Schumann - Rady dla kształcącej się muzycznie młodzieży

Robert Alexander Schumann (1810-56)

 
   Album dla młodzieży op. 68, rok 1848. Muzyczne reguły życiowe (Musikalische Haus-und Lebensregeln) ukazały się najpierw w roku 1850 w dodatku czasopisma Neue Zeitschrift fur Musik, później jednocześnie w drugim wydaniu Albumu dla młodzieży i jako oddzielny druk. Schumann włączył je również w roku 1853 do zbiorowego wydania swych pism. Te maksymy muzyczne to głęboko przemyślane i całkowicie zgodne z zasadami nowoczesnej pedagogiki poglądy Schumanna na znaczenie wczesnego i wszechstronnego rozwoju muzykalności i wyobraźni muzycznej, które do dziś nie straciły swej aktualności.

   Myślę, że warto zapoznać się z tymi radami - niekiedy wydają się radykalne, częściej jednak zaskakują swoją aktualnością i trafnością. Dla mnie osobiście szczególnie warte podkreślenia są poglądy Schumanna na organy, na których granie może być dla każdego instrumentalisty wspaniałym i potrzebnym przeżyciem. Pozwoliłam sobie skomentować niektóre z punktów, a inne zaakcentować - a to dlatego, że mam ich jeszcze inną interpretację, której Schumann zapewne się nie domyślał, ale za którą pewnie by się nie obraził ;)
  • Kształcenie słuchu to rzecz najważniejsza. Staraj się jak najwcześniej rozpoznawać wysokości dźwięków i tonacje. Badaj, jakie dźwięki wydaje dzwon, szyba, kukułka.
  • Powinieneś pilnie grać gamy i inne ćwiczenia palcowe. Niektórzy jednak popadają w przesadę uważając, że na tej drodze osiągną wszystko i aż do późnego wieku wiele godzin dziennie poświęcają na mechaniczne ćwiczenia. Ćwiczenia takie porównać można do systematycznego wprawiania się w coraz szybszym recytowaniu abecadła. Staraj się lepiej wykorzystać czas.
  • Graj rytmicznie. Gra niektórych wirtuozów (i organistów! - Kasia) przypomina chód pijaka. Nie bierz z nich przykładu.
  • Staraj się jak najwcześniej poznać zasady harmonii. Niech cię nie odstraszają takie słowa jak: teoria, harmonia, kontrapunkt. Będą ci one przyjaciółmi, gdy ty sam podejdziesz do nich przyjaźnie.
  • Nie brzdąkaj. Graj zawsze z zapałem, dokładnie i do końca.
  • Równie źle jest rozwlekać jak i spieszyć.
  • Staraj się łatwe utwory grać dobrze i pięknie; pożyteczniejsze to niż mierne wykonywanie trudnych.
  • Dbaj o to, abyś miał zawsze dobrze nastrojony instrument.
  • Nie wystarcza, gdy jakiś utwór potrafisz zagrać — powinieneś go również umieć zanucić bez fortepianu. Wyrabiaj swoją wyobraźnię dźwiękową tak, abyś mógł zapamiętać nie tylko melodię kompozycji, ale także całą współbrzmiącą harmonię.
  • Staraj się śpiewać z nut bez pomocy instrumentu, jeśli nawet masz słaby głos; w ten sposób stopniowo wyrobisz sobie słuch. Jeżeli zaś posiadasz głos dobry, uważaj go za najpiękniejszy dar natury i korzystaj z każdej okazji, by go kształcić.
  • Doprowadź do tego, abyś rozumiał muzykę już w chwili, gdy patrzysz na nuty.
  • Gdy grasz, nie troszcz się o to, kto przysłuchuje się twojej grze. Graj zawsze tak, jakby przysłuchiwał ci się znawca.
  • Jeśli do zagrania dostaniesz nieznany utwór, to naprzód go przejrzyj.
  • Jeśliś się w danym dniu napracował nad muzyką i czujesz się zmęczony, nie zmuszaj się do dalszej pracy. Lepie odpocząć niż pracować bez zapału.
  • Gdy będziesz już zaawansowany muzycznie, nie graj miernych a modnych utworów. Czas jest drogi. Gdybyś tylko chciał poznać wszystkie dobre utwory, jakie istnieją, musiałbyś żyć sto razy dłużej.
  • Studiowanie historii muzyki poparte bezpośrednim słuchaniem arcydzieł różnych epok wyleczy cię najszybciej z zarozumiałości i próżności.
  • Jeśli ci się uda gdzieś zasiąść przy organach, będziesz zdumiony potęgą dźwięków, jakie twe drobne paluszki wydobędą z tego instrumentu. 
  • Korzystaj z każdej sposobności, by zagrać na organach. Żaden bowiem instrument nie ujawnia niedoskonałości kompozycji i nieczystości wykonania tak jaskrawo jak organy.
  • Śpiewaj często w chórze, szczególnie w głosach środkowych; wyrobi to twoją muzykalność.
  • Co to właściwie znaczy: być  m u z y k a l n y m ?  Nie jesteś muzykalny, jeżeli bojaźliwie utkwiwszy oczy w nuty grasz dany utwór mozolnie, byle dobrnąć do końca, lub jeżeli utkniesz i nie możesz grać dalej, gdy ci ktoś niespodzianie obróci dwie kartki. Gdy natomiast czytając z nut nieznany utwór wyczuwasz naprzód, a w znanym ci utworze wiesz z góry co ma dalej nastąpić jednym słowem, gdy muzykę masz nie tylko w palcach, ale gdy ją różwnież rozumiesz i odczuwasz, to znaczy, że jesteś muzykalny.
  • Ale jak stać się muzykalnym? Drogie dziecko, zasadnicze rzeczy: czułe ucho, bystrość, pojętność to — tak jak w innych dziedzinach — dary natury. Ale te podstawowe zdolności powinieneś kształcić i doskonalić. Nie staniesz się muzykalny, choćbyś jak najpilniej w odosobnieniu przez cały dzień odrabiał mechaniczne ćwiczenia; osiągniesz to dopiero wówczas, gdy będziesz utrzymywać żywy i wszechstronny kontakt z muzyką, szczególnie obcując dużo z chórem i orkiestrą.
  • Poznaj wcześnie i dokładnie rozpiętość ludzkiego głosu w jego czterech rodzajach; przysłuchuj mu się zwłaszcza w chórze i badaj, w których współbrzmieniach osiąga on największą moc, a które ze współbrzmień są odpowiedniejsze dla efektów miękkich i delikatnych.
  • Przysłuchuj się pilnie wszelkim pieśniom ludowym. Są one skarbnicą najpiękniejszych melodii i dają ci pogląd na charakter różnych narodów.
  • Wprawiaj się wcześnie w czytaniu starych kluczy; w przeciwnym razie wiele skarbów przeszłości będzie dla ciebie niedostepnych.
  • Jak najwcześniej zwracaj uwagę na brzmienie poszczególnych instrumentów; rozróżniaj ich charakterystyczne barwy, staraj się, aby utkwiły ci w pamięci.
  • Nie omijaj żadnej sposobności, by posłuchać dobrej opery. 
  • Czcij przeszłość, ale i do nowych rzeczy odnoś się serdecznie. Nie uprzedzaj się do nieznanych ci nazwisk.
  • Nie wydawaj sądu o jakiejś kompozycji po pierwszym jej usłyszeniu. To, co ci się w pierwszej chwili podoba, nie zawsze jest najlepsze. Dzieła mistrzów wymagają, aby się w nie wgłębiać; wiele zaś stanie ci się jasne dopiero w późnym wieku.
  • Oceniając utwory musisz odróżniać działa sztuki od utworów przeznaczonych dla rozrywki dyletantów. Do pierwszych zawsze odnoś się pozytywnie; drugie niech cię nie gniewają.
  • Dziecko karmione słodyczami i smakołykami nie wyrośnie na zdrowego człowieka. Zarówno pokarm dla ciała jak i dla umysłu musi być prosty i krzepiący. Wielcy mistrzowie dostarczyli nam takiej strawy pod dostatkiem, czerpy więc z niej.
  • Wszystkie pasażowe fajerwerki z czasem wychodzą z mody. Tylko tam technika ma wartośc, gdzie służy wyższym celom.
  • Nie przyczyniaj się do rozpowszechniania złych kompozycji, lecz przeciwnie, w zwalczaniu ich pomagaj ze wszystkich sił.
(Czy nie można pod tę kategorię podpiąć kiczowatych piosenek scholkowych, próbujących wepchnąć się na miejsce tradycyjnych, wartościowych pieśni i utworów organowych/chóralnych? ;-) Myślę, że Schumann nie miałby nic przeciwko temu, gdyby jego hasła stały się orężem przeciw upowszechniającej się także w kościołach tandecie - Kasia).
  • Nie powinieneś grać złych utworów, nie powinieneś nawet ich słuchać, chyba że jesteś do tego zmuszony.
  • Gdy grasz, celem twym powinno być nie olśnienie techniką, ale wywołanie wrażenia, o jakim myślał kompozytor — niczego więcej nie potrzeba i wszystko ponad to jest karykaturą.  
  • Dąż do tego, by poznać najważniejsze utwory najwybitniejszych kompozytorów.
  • Częste grywanie dla popisu przynosi więcej szkody niż pożytku. Gdy masz coś zagrać w towarzystwie, przyglądnij się najpierw słuchaczom; nigdy jednak nie graj utworów, których musiałbyś się w głębi serca wstydzić.
("Kasia, zagraj coś wesołego!" - chyba każdy instrumentalista coś kiedyś podobnego usłyszał ;D - Kasia)
  • Korzystaj jednak z każdej sposobności, by pomuzykować wspólnie z innymi, grając w duecie, tercecie itd. Nada to twojej grze płynność i rozmach. Często również akompaniuj śpiewakom.
  • Gdyby wszyscy chcieli grać pierwsze skrzypce, nie stworzylibyśmy nigdy orkiestry. Szanuj więc każdego muzyka niezależnie od roli, jaką spełnia.
  • Kochaj swój instrumet, nie bądź jednak próżny i nie uważaj go za najlepszy i jedyny. Pamiętaj, że istnieją też inne instrumenty, równie piękne, pamiętaj, że istnieją również śpiewacy i że najwyższe wartości muzyczne uwydatniają sie w pełni w chórze i w orkiestrze. 
  • Gdy będziesz starszy, przebywaj częściej w obecności partytur niż wirtuozów.
  • Grywaj pilnie fugi wielkich mistrzów, a przede wszystkim J.S. Bacha. Niech Wohltemperiertes Klavier będzie twym chlebem powszednim; w ten sposób staniesz się na pewno dobrym muzykiem.
  • Bądź skromny! Pamiętaj, że świat istnieje nie od dzisiaj. Na pewno nie wymyśliłeś i nie odkryłeś nic nowego, nic, czego by inni już przedtem nie wynaleźli. Jeśli jednak udało ci się coś odkryć, uważaj to za dar niebios, którym powinieneś dzielić się z innymi. 
  • "Melodia" — to okrzyk bojowy dyletantów. Oczywiste jest, że muzyka bez melodii nie jest muzyką. Zrozum jednak dobrze, co oni przez to słowo pojmują. Dyletanci uznają jedynie melodię łatwo wpadającą w ucho i tylko taką nazywają melodią. Istnieją jednak melodie zgoła innego typu. Gdziekolwiek otworzysz Bacha, Mozarta, Beethovena, dojrzysz ich tam tysiące najróżniejszego rodzaju. Z pewnością wkrótce będziesz miał dość tej ubogiej jednostajności, jaka cechuje zwłaszcza nowsze włoskie melodie operowe.
  • To bardzo dobrze, gdy na fortepianie układasz sobie małe melodyjki; lecz gdy przychodzą one same z siebie, bez fortepianu, wówczas powinieneś cieszyć się znacznie więcej: widocznie budzi się w tobie wyobraźnia muzyczna. Palce powinny czynić to, czego chce głowa, a nie przeciwnie.
  • Gdy zaczynasz komponować, czyń to w myśli i dopiero mając utwór gotowy próbuj go grać na instrumencie. Jeśli muzyka zrodziła się z twego serca, jeśli ją przeżyłeś, to będzie ona również oddziaływać i na innych.
  • Jeśli natura dała ci bujną fantazję, to często jak urzeczony będziesz spędzać samotne godziny przy fortepianie, usiłując wypowiedzieć swą dusze w harmoniach i tym bardziej będziesz się czuł jakby wciągnięty w jakiś zaczarowany krąg, im bardziej nieznane będzie ci może jeszcze królestwo harmonii. Są to najszczęśliwsze godziny młodości. Wystrzegaj się jednak tego, by sie zbyt często dać pochłaniać swemu improwizatorskiemu talentowi, który cię kusi do trwonienia swych sił i czasu na pomysły muzyczne niknące bez śladu jak chińskie cienie. Opanowanie formy, siłę wyrazistego ujęcia zdobędziesz tylko posługując się konkretnymi znakami pisma. Zatem więcej pisz, aniżeli improwizuj.
  • Zapoznaj się wcześnie ze sztuką dyrygowania, obserwuj często dobrych dyrygentów, w myśli nawet współdyryguj z nimi. Łatwiej wtedy zrozumiesz muzykę.
  • Staraj się jak najwszechstronniej poznać życie, inne sztuki i nauki.
  • Prawa moralności i sztuki są te same.
  • Pilnościa i wytrwałością możesz bardzo wiele osiągnąć.
  • Z jednego funta żelaza, które kosztuje grosze, można wykonać setki kółeczek zegarowych, których wartość idzie w tysiące. Twoim funtem są zdolności, które dała ci natura. Wykorzystaj je dobrze.
  • W sztuce nic wartościowego nie narodzi się bez entuzjazmu.
  • Sztuka — to nie droga do zdobycia bogactwa. Przede wszystkim staraj się byc coraz większym artystą, wszystko inne samo przez sie przypadnie ci w udziale.
  • Dopiero wtedy, gdy forma jest dla ciebie zupełnie jasna, jasna staje się i treść.
  • Ktoś powiedział, że doskonały muzyk powinien usłyszane po raz pierwszy nawet dość skomplikowane dzieło orkiestralne widzieć przed sobą niemal jak rzeczywistą partyturę. Jest to szczytem marzeń.
  • Uczeniu się nigdy nie ma końca.

26 listopada 2009

Barokowe Jam Session: Gdzie jest Dieterich Buxtehude? (Johannesa Voorhouta "Häusliche Musikszene")


oznając jakąś fascynującą twórczość, nie tylko tę muzyczną, nieraz zadajemy sobie pytanie: kim był jej autor na co dzień? Nagle równie interesujące jak jego dzieła stają się okoliczności ich powstania. Stajemy się żądni poznania niesamowitych historii, awanturniczych anegdot, uczuciowych zawirowań czy po prostu codziennych zajęć tego konkretnego artysty z dawnych wieków. Wśród tych pytań pojawia się również jedno podstawowe: jak wyglądał? 

     W przypadku kompozytorów epoki baroku odpowiedzi na wiele pytań nie są proste - przeplatają się z jakże uroczym słówkiem "prawdopodobnie". Znamy wprawdzie takie fakty jak to, że na Vivaldiego wołano (w 100 % słusznie) "rudy ksiądz", i że ów kompozytor potrafił opuścić prezbiterium w czasie liturgii, aby zanotować jakiś nowy motyw muzyczny. Znamy portrety Bacha i Haendla, a także anegdoty o nich, odpowiadające naszym wyobrażeniom o "nieco nieokrzesanych artystach" lub ukazujące inną niż powszechnie znana stronę ich osobowości. Mamy również dostęp do listów, uwag, objaśnień pisanych przez innych kompozytorów, zachowały się także rękopisy... Jednak przy próbie sięgnięcia głębiej lub jeszcze bardziej wstecz zaczynają się schody. O wielu twórcach wiemy tyle, co  nic-znamy daty urodzenia i śmierci (i to też nie w pełni!), miasta pobytu, suche fakty z życia.

      Dieterich Buxtehude, "patron muzyczny" bloga i mój ulubiony kompozytor barokowy, jest dzisiaj właśnie jedną z takich "tajemniczych osobowości". Można domyślać się sławy, jaką się cieszył - wszak pielgrzymowali do niego młodzi adepcji muzyki z bliższych i dalszych "okolic" (choćby słynna 400-kilometrowa piesza podróż Bacha do Lubeki w 1705, kiedy to 20-letni wówczas Jan Sebastian samowolnie przedłużył sobie urlop z czterech tygodni do trzech miesięcy!). Na podstawie niesamowicie improwizatorskich preludiów organowych Buxtehudego oraz wymagajacych ogromnej koordynacji, sprawności i wdzięku głosów przeznaczonych na klawiaturę nożną, można wnioskować również o wielkich umiejętnościach technicznych i improwizatorskich Mistrza z Lubeki. Jednak to ciągle mało- wiele rzeczy chciałoby się wiedzieć, a nie zachowały się nawet rękopisy kompozytora (oprócz kilku drobnych utworów i listów; z odnalezionych tu i ówdzie informacji wnioskuję, że jego dzieła krążyły w kopiach, odpisach). Nawet sam wygląd kompozytora jest nadal kwestią sporną. Zachował się bowiem tylko jeden, jedyny portret, przedstawiający Buxtehudego (oczywiście, nie mówimy o -->TYM<-- obrazku, nigdzie nie znalazłam jego źródła, więc nie uważam go za wiarygodny wizerunek D.B) :



     Ale i tutaj jest jakieś "ale", i to dosyć stanowcze. Kto nadal sądzi, że Dieterich Buxtehude, słynny w swoich czasach północnoniemiecki organista, kompozytor i improwizator wyglądał tak, jak na powyższym obrazku? Pewności co do tego nigdy nie było, chociaż większość "źródeł internetowych" i nie tylko wskazywała właśnie ten portret jako jego "prawdopodobny wizerunek". Jednak ostatnio szala prawdopodobieństwa przechyliła się w drugą stronę...

    Jednak o tym później. Najpierw o sprawach stuprocentowo pewnych. Mało kto bowiem wie, że obrazek powszechnie znany jako portret Mistrza z Lubeki to tak naprawdę wycinek większego dzieła. Namalował je pochodzący z Holandii Johannes Voorhout, a obraz nosi tytuł "Häusliche Musikszene'' (ang. "Domestic Music Scene" - domowa scena muzyczna). Dziś powiedzielibyśmy: barokowe jam session. Oto ów obraz w całej okazałości:



      Co jest pewne: mężczyzna grający na klawesynie to Johann Adam Reincken, zaś stojący po lewej stronie z tyłu człowiek w dziwnym kapeluszu to sam Voorhout, który tak uwiecznił siebie na obrazie. A pozostałe osoby? Nie wiadomo, kim jest kobieta z lutnią oraz mgliste postacie na dalszym planie. Kontrowersje zaś co do tożsamości wzbudzają: muzyk grający na violi da gamba oraz mężczyzna z kartką nutową oparty o cembalo. Ludzie studiujący oryginał, znajdujący się w muzeum w Hamburgu, ustalili, że na owej kartce zapisany jest kanon (fragment Ps 133) w języku łacińskim, a nad nim dedykacja ku czci przyjaźni Buxtehudego i Reinckena. (Swoją drogą, podziwiam kunszt malarza, który umieścił na obrazie takie szczegóły- na żywo zapewne widać dokładnie napis!) 
   
      Owego dosyć młodo wyglądającego mężczynę uważano za Buxtehudego, zaś gambistę identyfikowano z Johannem Theile. Jednak w 2008 roku, podczas prac porządkowych w Bibliotece Miejskiej w Lubece, natafiono na prawdziwy portret tego drugiego muzyka, i okazało się, że to zupełnie inna osoba! Potwierdziło to wcześniejsze domysły, jakoby na gambie grał nie Theile, a Buxtehude. W dodatku dr Kerala J. Snyder, znawczyni życia i twórczości  Buxtehudego w swej książce ''Dieterich Buxtehude: Organist in Lübeck'' również potwierdza tę tezę. 

     Sumując wszelkie możliwe argumenty, można by postawić sprawę tak:

-Dwie główne postacie (przyjaciele Reincken i Buxtehude), jako te najważniejsze, którym poświęcony jest obraz, musiały być sportretowane obok siebie, niekoniecznie w centrum kompozycji.

-Dlaczego nie w centrum? Klawesyn mógł ponoć sprawiać malarzowi jakieś trudności kompozycyjne.

-Theilego najprawdopodobniej nie ma na obrazie, nie jest więc owym gambistą.

-Argument Kerali J. Snyder, bijący wszelkie inne na głowę: muzyk po lewej stronie gra na violi da gamba dźwięki D-B- wiadomo, czyje to inicjały!

     Wobec tego kim jest człowiek z kartką papieru? Istnieją dwie teorie:

1. Jest to Johann Philipp Förtsch, śpiewak i kompozytor opery w Hamburgu.

2. Teoria Kerali J. Snyder -ów człowiek to nikt realny: kobieta grająca na lutni tworzy wraz z nim alegorię grania i słuchania pięknej muzyki...  
   
     Tak naprawdę jednak badanie dawnej muzyki i dawnych źródeł jest jak chodzenie po spróchniałym moście. Wyobraźmy sobie przepaść, dzielącą nasze czasy i XVII wiek. Obrazy, utwory muzyczne, opisy są właśnie takim starym mostem, który łączy nas z przeszłością. Stąpanie po nim sprawia ogromną przyjemność- wokół rozpościerają się przepiękne pejzaże- jednak każdy krok trzeba stawiać ostrożnie. Nigdy bowiem do końca nie wiadomo, czy po postawieniu nogi na kolejną stabilnie wyglądającą deskę nie runiemy w przepaść błędnych interpretacji i wniosków... Także w sprawie obrazu Voorhouta nigdy wszystko nie będzie jasne. Wszak nie mamy informacji o tym, jakoby Buxtehude grał na violi... ale z drugiej strony, nie mamy także informacji, że na niej nie grał, poza tym wykorzystywał ten instrument w swoich kompozycjach! 
  
       Może więc lepiej, aby pewne sprawy pozostały nie do końca wyjaśnione? Może wystarczy sam muzyczny portret Buxtehudego, namalowany przez niego samego? Na to pytanie odpowiedzmy sobie sami.